sobota, 28 stycznia 2012

No to kupmy bilet

Kris już miał wszystko przygotowane. Anka również. To znaczy wszystko to mieli w głowie. Przyszedł więc moment, w którym postanowiliśmy kolejny raz spotkać się i zaplanować wszystko od A do Z... no może od A do W. Zatem co robimy? Czytamy, czytamy, czytamy. Bez końca. Fora dyskusyjne, blogi, serwisy turystyczne, oglądamy zdjęcia... No ale co z nami? Trzeba zacząć działać. Jedziemy:

Wybieramy termin: Tita i ja - dwa tygodnie... bo firma, w której pracuje Tita bez niej poskłada się niczym karton, wyschnie niczym jezioro Gopło po odkrywce w KWB Konin, a mnie zabiją wspólnicy... zresztą i tak mnie zabiją. Anka i Kris - trzy tygodnie. Oni byli sprytniejsi i załatwili sobie urlopy w przedziwnych okolicznościach: jedno na lunchu z szefem, a drugie na parkingu przed firmą. Jest ok. Ale kiedy lecimy? 3 marca. Skąd ta data? Nie mam zielonego pojęcia.

To teraz kupujemy bilety. Robiłem to pierwszy raz w moim życiu - zakupy biletów lotniczych przez brokero-wyszukiwarkę: skyscanner.pl. Mówię Wam, szaleństwo. Ceny zmieniały się z minuty na minutę. Kropelki potu przez cały dzień pokrywały moje czoło. Nerwowo trzymałem telefon w dłoni, bo a nóż-widelec zatelefonuje Anka, że właśnie widzi bilet w tak śmiesznej cenie, że trzeba natychmiast ku... aj... już nie ma. Ale do brzegu - bilety kupione, a konkretniej zarezerwowane, 200 zł drożej niż o 9 rano, trudno. Polak mądry po szkodzie. Opcja rezerwacji wydawała się załatwiać całkowicie sprawę. Otóż nie do końca. Teraz trzeba zrobić przelew, bo inaczej przepadnie. Okazało się, że trzeba przelać w ... Euro. I to koniecznie z banku w Polsce. Oczywiście można zapłacić za bilety kartą kredytową, ale nie oszukujmy się - kto w dzisiejszych czasach ma tak wysoki limit? Albo w ogóle kartę kredytową? Ale to temat na innego bloga :) Wróćmy jednak do przelewu w Euro, bo to może się przydać Wam na przyszłość. Mianowicie bank, z którego puszczałem pieniądze ściągnął z konta w ramach prowizji jedyne... 121 zł! No rozbój w biały dzień! I kolejny raz... Polak mądry po szkodzie. Można to było załatwić w inny sposób. W każdym razie bilety kupione!!! Prawda? Tak? To znaczy jeszcze nie? Gdzie są nasze bilety? Aha. Mają przyjść mailem maksymalnie w godzinę po transakcji. Mija pierwsza... druga... trzecia... piąta. Biletów nie ma. Sprawdzam komu zapłaciłem? Firma ma siedzibę w ... o matko jedyna ... w Grecji. Sami rozumiecie. Nie spałem całą noc. Ale poranek był jakże radosny. Na skrzynce dwa pachnące wietnamską kawą, mieniące się złotem niczym gwiazda na karmazynowej fladze Wietnamu, elektroniczne bilety lotnicze przewoźnika Aeroflot na trasę Warszawa-Moskwa-Hanoi... i na zad :) Teraz to już nie mamy wyjścia. Lecimy do Wietnamu.

środa, 25 stycznia 2012

No to Wietnam?

Właściwie to powinienem zacząć od tego, że do dzisiaj zachodzę w głowę dlaczego zdecydowaliśmy się na wyjazd do Wietnamu. Powiem więcej - na wakacje w Wietnamie. Tak, tak. Wakacje w Wietnamie. Nie zwiedzanie, nie trekking czy inny hardcorowy trip, ale właśnie wypoczynek w pełnym tego słowa znaczeniu. Wsiadasz do samolotu w boardshortach i japonkach, lądujesz na rozżarzonej płycie lotniska w Afryce Północnej czy innych Karaibach, jedziesz do hotelu, rozwalasz się na leżaku, drink w dłoni i zażywasz kąpieli słonecznej. Taki właśnie był plan...

No właśnie. Pewnego dnia Tita... to jedna z bohaterek tej opowieści, przyszła do domu i rzuciła: - Wiesz, moi znajomi, Anka i Kris (kolejni bohaterowie) chcą się z nami spotkać, bo mają plan na wspólny wyjazd. - Ale z nami na Dominikanę? - zapytałem. - Yyyyyy... niezupełnie. - odpowiedziała Tita. No i się zaczęło. Najpierw pomyślałem, że to jakiś żart, ale potem usiadłem do klawiatury i odwiedziłem wujka Google. Im więcej czytałem o Wietnamie, tym bardziej nabierałem ochotę na zmianę kierunku wylotu z zachodniego na wschodni. Kusiła mnie też jeszcze jedna rzecz - kitesurfing. Mianowicie Kris kocha być ciągany po wodzie za latawcem, a że ja kocham być również ciągany po wodzie, ale za wyciągiem do nart wodnych... tfu... wakeboardu, więc już mi się ten plan spodobał.

Po kilku dniach spotkaliśmy się z Anką i Krisem na przysłowiowym modżajto. No i podjęliśmy decyzję - lecimy... Było to niemal tak proste, jak zatankowanie auta po korek i spontaniczny wypad nad jezioro. Taaaaak. Zaczęło się szaleństwo organizacyjne...