czwartek, 23 lutego 2012

No to został tydzień

Tak, niby nie miało boleć, a jednak...
Dawno nic nie pisałem. Jakoś nie składało się: a to praca, a to jakiś fitness, a to znowu praca. W każdym razie zebrałem się w sobie i mam zamiar podzielić się z Wami kilkoma cennymi informacjami. Najpierw co mnie zmotywowało? Otóż ten licznik :) Właśnie w tym momencie zostało nam do wyjazdu 8 dni i 11 godzin. Fajnie co? Niby tak, ale stres lekki jest. Co od ostatniego wpisu się wydarzyło? Mianowicie:

1. Wszyscy ładnie się zaszczepiliśmy na różne dziwne choroby. Anka z Krisem wzięli chyba full pakiet z meningokokami, my trochę skromniej. Tita dostała WZW A (bo B już miała), dur brzuszny, tężec, błonnica, ksztusiec i polio. Ja dostałem mniej (bez ksztuśćca i polio), podobno z racji wieku :) (w sensie Pani doktor zasugerowała, że jestem za stary). Co więcej - po powrocie mam udać się na kolejną dawkę tężca i błonnicy, co oznacza, że podczas pobytu w Wietnamie nie będę w ogóle odporny na te zarazy. Ciekawa perspektywa. Mam unikać zranienia i kontaktu z glebą. Odpada bójka w Wietnamskim klubie disco, jak również przeprawa przez tropikalną dżunglę podczas ulewnego deszczu będąc ubranym jedynie w boardshorty :) Dla planujących podobny wyjazd powiem, że taka przyjemność szczepienia w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Poznaniu kosztuje niecały tysiąc PeeLeNów na dwie osoby i boli kilka dni... nie tylko psychicznie :)

2. Zakupiliśmy tzw. promesy wizowe, bo załatwienie samej wizy do Wietnamu w Warszawie to jakaś większa impreza - coś w stylu: zapraszamy w poniedziałki między godziną 11:03 a 11:09, być może kogoś zastaniecie, a jak już się uda, to zapłaćcie po 300 zł na osobę i czekajcie dwa tygodnie. Są jeszcze jacyś pośrednicy w Polsce (wygooglani), ale "dajcie Panie spokój". W każdym razie posiłkując się opinią wśród znajomych, którzy już odwiedzali Wietnam, zakupiliśmy przez internet w wietnamskim biurze podróży promesy wizowe w cenie 16 USD za głowę. Przyszły mailem po 30 godzinach - śliczna lista, a na niej wszystkie dane (imię, nazwisko, numer paszportu oraz narodowość) około 40 obywateli chcących odwiedzić ten piękny kraj. Ciekawe czy oni mają coś takiego jak Generalny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych? No cóż, drukujemy i lecimy. Aha, żeby nie było: po wylądowaniu trzeba udać się do okienka ze swoim zdjęciem paszportowym i opłacić tzw. stamping fee w kwocie 25 USD. Można wtedy hasać po Wietnamie przez miesiąc.

3. Facebook czyni cuda. Mieliśmy pomysł, żeby zakupić plecaki na wyjazd, ale po głębszym przemyśleniu i po namowie Anki, postanowiliśmy pożyczyć plecaki od wspaniałych znajomych. Wystarczyło zapytać na facebookowej tablicy kto mógłby użyczyć. I takim to oto sposobem mamy w domu trzy 60-cio litrowe plecaki oraz dwa w drodze i kolejne w rezerwie. Zawsze mówiłem, że szczęściarzem jest ten, kto ma dobrych znajomych i sam jest dla nich dobry :) Jedyne co w ostatnim czasie nabyliśmy z myślą o wyjeździe, to kompaktowe ręczniki z mikrofibry, trochę fatałaszków dla Tity, bo ona ma taką chorobę... wiecie, że musi kupować i kupować (teraz pewnie strzeli focha, ale wie, że żartuję) no i taką plastikową sakiewkę wodoodporną, co by nie zatopić w wodzie drogich sprzętów.

No cóż. Mamy jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, np. kupienie biletów lotniczych z Hanoi do Sajgonu (i na zad), zrobienie zdjęć paszportowych (to te do wizy), nabycie drobiazgów na Allegro, ogarnięcie się z kamerką GO PRO (tak, tak, będziemy potem się lansować z filmikami na fejsie :P) oraz netbookiem, bo przecież trzeba będzie codziennie uzupełniać tego bloga. Aha, i zapomniałbym. Będziemy laaaaaaaaaaaaaaaatać na kajtach - Kris już ma przygotowane dwa latawce i trapezy. Przede mną długie wieczory z:


a potem to już tylko:


Vietnam January 2012 - Multidimensional kiteboarding from BraCuru on Vimeo.

poniedziałek, 6 lutego 2012

No to mamy już jakiś plan

Kris testuje nowy obiektyw przed wyjazdem.
Jesteśmy już po spotkaniu u Anki i Krisa! Było przede wszystkim smacznie: "mieszki" z pysznym farszem, sałatka z dużą ilością drobiu, paluszki i grzane wino (niestety mnie ominęło). Podobno Anka pierwszy raz w życiu coś ugotowała. Nie chce mi się wierzyć, bo wyszło doskonale. No ale wróćmy jednak do celu spotkania. Udało się nam ustalić dokładny harmonogram podróży, dalsze działania organizacyjne oraz przymierzyliśmy plecak :) Co do samego planu, to jest on tak napięty, że obawiam się jakiegoś poślizgu, a podobno nie trudno o to przy podejściu Wietnamczyków do zerkania na zegarek... może to tylko plotki. Przekonamy się. W każdym razie wyglądać to będzie mniej więcej tak:

03.03 - Poznań - Warszawa - Moskwa
04.03 - Hanoi (lądujemy o 8.50 i po zalogowaniu się w hotelu ruszamy na miasto)
05.03 - Hanoi - Ha Long Bay (to ta zatoka, o której pisałem w poprzednim poście) - Hanoi - Sa Pa (górskie miasteczko, do którego mamy zamiar dotrzeć pociągiem - cała noc przed nami :))
06.03 - Sa Pa (zwiedzanie i hotel w górach - pierwszy moment na odpoczynek)
07.03 - Sa Pa (chwile spędzone na jedzeniu, jedzeniu, jedzeniu, zwiedzaniu i zakupach) - Hanoi (kolejna nocna podróż)
08.03 - Hanoi - Sajgon (Ho Chi Minh, ale Sajgon pisze się o wiele szybciej - tutaj czeka nas podróż samolotem - jeśli wylądujemy w miarę wcześnie, to logujemy się w hotelu i ruszamy w miasto)
09.03 - Sajgon - Delta Mekongu (Tita się uparła, aczkolwiek nie zapytałem dlaczego. Kto wie, może ma jakiś niecny plan) - Sajgon
10.03 - Sajgon - Mui Ne (mamy plan, żeby trafić na plażę z samego rana)
...i tu jakby nasze zwiedzanie się kończy. Zostajemy w Mui Ne do 17.03. Czeka na nas tam biały piasek na plaży, słońce, wiatr... i jedzenie.

Co ciekawe, to przed nami jeszcze sporo załatwiania, a zostało raptem 26 dni. Damy radę.

(Muszę wprowadzić korektę po interwencji Ani dotyczącej wątku gotowania, cytuję: "to był drugi raz, a nie pierwszy!!!")

środa, 1 lutego 2012

No to co jest w tym Wietnamie?

No właśnie. Kilku znajomych mnie zapytało po co właściwie lecimy do Wietnamu. Czy nie było czegoś bliżej? Fajniej? I czy wszyscy w domu zdrowi? Pytania te oczywiście nie biorą się znikąd. Wszyscy wiedzą, że ja od zwiedzania to jestem baaaaaardzo daleko: dwa razy Egipt, raz Tunezja i jedyny zabytek jaki widziałem to... właściwie to nic nie widziałem. Tym razem ma być inaczej. Tak przynajmniej sobie wmawiam. Anka coś pewnie już dla nas przygotuje. Na początek podobno mamy pojechać zobaczyć miejscowość o wdzięcznej nazwie Sapa. To podobno takie Wietnamskie Zakopane wzorowane trochę na francuskim Chamonix. Czyli będziemy czuli się prawie jak u siebie. Są tam takie widoki:




Tylko tak szczerze mówiąc, to mnie bardziej interesuje inne oblicze tego miejsca. Nie odkryję nic nowego, więc może od razu wstawię zdjęcie:



Następnie pewnie udamy się do Ha Long Bay, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza Zatokę Lądującego Smoka. Podobno wszyscy turyści muszą zobaczyć to miejsce, bo... tak. Tak jak z piramidami w Egipcie - tylko, że ja ich nie widziałem, więc jakby nie czuję się zobligowany.



Ale jest coś, co mnie zaciekawiło w tym miejscu. Mianowicie:




Ktoś może powiedzieć, że profanacja. No cóż :) Ja to widzę zgoła inaczej. Może będę mieć szczęście i załapię się na jakiegoś przepływającego w pobliżu speedboata? Wracając jednakże do zwiedzania, to przecież trudno nie ominąć stolicy kraju, w której to lądujemy - Hanoi. Jeszcze nie znalazłem niczego ciekawego i godnego uwagi, ale już mi się podoba pomysł z wynajęciem skutera.



A wieczorem piwko na świeżym powietrzu.



Podobno produkują tam właśnie taki złocisty trunek, który trzeba spożyć nie później niż 24 godziny po jego wyjściu z browaru.

Anka powiedziała, że potem udamy się na południe kraju. Miała na myśli przejechanie dystansu około 800 kilometrów w sypialnianym autokarze po "fantastycznych" drogach Wietnamu. Nie ustaliliśmy jeszcze co tam można zwiedzić, ale pewnie dowiemy się jutro... na spotkaniu przy Krisowym bigosie.

Chciałbym jeszcze tak króciutko, ale bardzo króciutko wspomnieć o ostatecznym celu naszej podróży. A jest nim? Spot kitesurfing'owy. Biały piasek, plaża, palmy, wino z węża (w sensie z takiego gada), wiatr, słońce i zapach napalmu o poranku...