![]() |
| Tak, niby nie miało boleć, a jednak... |
1. Wszyscy ładnie się zaszczepiliśmy na różne dziwne choroby. Anka z Krisem wzięli chyba full pakiet z meningokokami, my trochę skromniej. Tita dostała WZW A (bo B już miała), dur brzuszny, tężec, błonnica, ksztusiec i polio. Ja dostałem mniej (bez ksztuśćca i polio), podobno z racji wieku :) (w sensie Pani doktor zasugerowała, że jestem za stary). Co więcej - po powrocie mam udać się na kolejną dawkę tężca i błonnicy, co oznacza, że podczas pobytu w Wietnamie nie będę w ogóle odporny na te zarazy. Ciekawa perspektywa. Mam unikać zranienia i kontaktu z glebą. Odpada bójka w Wietnamskim klubie disco, jak również przeprawa przez tropikalną dżunglę podczas ulewnego deszczu będąc ubranym jedynie w boardshorty :) Dla planujących podobny wyjazd powiem, że taka przyjemność szczepienia w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Poznaniu kosztuje niecały tysiąc PeeLeNów na dwie osoby i boli kilka dni... nie tylko psychicznie :)
2. Zakupiliśmy tzw. promesy wizowe, bo załatwienie samej wizy do Wietnamu w Warszawie to jakaś większa impreza - coś w stylu: zapraszamy w poniedziałki między godziną 11:03 a 11:09, być może kogoś zastaniecie, a jak już się uda, to zapłaćcie po 300 zł na osobę i czekajcie dwa tygodnie. Są jeszcze jacyś pośrednicy w Polsce (wygooglani), ale "dajcie Panie spokój". W każdym razie posiłkując się opinią wśród znajomych, którzy już odwiedzali Wietnam, zakupiliśmy przez internet w wietnamskim biurze podróży promesy wizowe w cenie 16 USD za głowę. Przyszły mailem po 30 godzinach - śliczna lista, a na niej wszystkie dane (imię, nazwisko, numer paszportu oraz narodowość) około 40 obywateli chcących odwiedzić ten piękny kraj. Ciekawe czy oni mają coś takiego jak Generalny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych? No cóż, drukujemy i lecimy. Aha, żeby nie było: po wylądowaniu trzeba udać się do okienka ze swoim zdjęciem paszportowym i opłacić tzw. stamping fee w kwocie 25 USD. Można wtedy hasać po Wietnamie przez miesiąc.
3. Facebook czyni cuda. Mieliśmy pomysł, żeby zakupić plecaki na wyjazd, ale po głębszym przemyśleniu i po namowie Anki, postanowiliśmy pożyczyć plecaki od wspaniałych znajomych. Wystarczyło zapytać na facebookowej tablicy kto mógłby użyczyć. I takim to oto sposobem mamy w domu trzy 60-cio litrowe plecaki oraz dwa w drodze i kolejne w rezerwie. Zawsze mówiłem, że szczęściarzem jest ten, kto ma dobrych znajomych i sam jest dla nich dobry :) Jedyne co w ostatnim czasie nabyliśmy z myślą o wyjeździe, to kompaktowe ręczniki z mikrofibry, trochę fatałaszków dla Tity, bo ona ma taką chorobę... wiecie, że musi kupować i kupować (teraz pewnie strzeli focha, ale wie, że żartuję) no i taką plastikową sakiewkę wodoodporną, co by nie zatopić w wodzie drogich sprzętów.
No cóż. Mamy jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, np. kupienie biletów lotniczych z Hanoi do Sajgonu (i na zad), zrobienie zdjęć paszportowych (to te do wizy), nabycie drobiazgów na Allegro, ogarnięcie się z kamerką GO PRO (tak, tak, będziemy potem się lansować z filmikami na fejsie :P) oraz netbookiem, bo przecież trzeba będzie codziennie uzupełniać tego bloga. Aha, i zapomniałbym. Będziemy laaaaaaaaaaaaaaaatać na kajtach - Kris już ma przygotowane dwa latawce i trapezy. Przede mną długie wieczory z:
a potem to już tylko:
Vietnam January 2012 - Multidimensional kiteboarding from BraCuru on Vimeo.











