No właśnie. Kilku znajomych mnie zapytało po co właściwie lecimy do Wietnamu. Czy nie było czegoś bliżej? Fajniej? I czy wszyscy w domu zdrowi? Pytania te oczywiście nie biorą się znikąd. Wszyscy wiedzą, że ja od zwiedzania to jestem baaaaaardzo daleko: dwa razy Egipt, raz Tunezja i jedyny zabytek jaki widziałem to... właściwie to nic nie widziałem. Tym razem ma być inaczej. Tak przynajmniej sobie wmawiam. Anka coś pewnie już dla nas przygotuje. Na początek podobno mamy pojechać zobaczyć miejscowość o wdzięcznej nazwie Sapa. To podobno takie Wietnamskie Zakopane wzorowane trochę na francuskim Chamonix. Czyli będziemy czuli się prawie jak u siebie. Są tam takie widoki:
Tylko tak szczerze mówiąc, to mnie bardziej interesuje inne oblicze tego miejsca. Nie odkryję nic nowego, więc może od razu wstawię zdjęcie:
Następnie pewnie udamy się do Ha Long Bay, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza Zatokę Lądującego Smoka. Podobno wszyscy turyści muszą zobaczyć to miejsce, bo... tak. Tak jak z piramidami w Egipcie - tylko, że ja ich nie widziałem, więc jakby nie czuję się zobligowany.
Ale jest coś, co mnie zaciekawiło w tym miejscu. Mianowicie:
Ktoś może powiedzieć, że profanacja. No cóż :) Ja to widzę zgoła inaczej. Może będę mieć szczęście i załapię się na jakiegoś przepływającego w pobliżu speedboata? Wracając jednakże do zwiedzania, to przecież trudno nie ominąć stolicy kraju, w której to lądujemy - Hanoi. Jeszcze nie znalazłem niczego ciekawego i godnego uwagi, ale już mi się podoba pomysł z wynajęciem skutera.
A wieczorem piwko na świeżym powietrzu.
Podobno produkują tam właśnie taki złocisty trunek, który trzeba spożyć nie później niż 24 godziny po jego wyjściu z browaru.
Anka powiedziała, że potem udamy się na południe kraju. Miała na myśli przejechanie dystansu około 800 kilometrów w sypialnianym autokarze po "fantastycznych" drogach Wietnamu. Nie ustaliliśmy jeszcze co tam można zwiedzić, ale pewnie dowiemy się jutro... na spotkaniu przy Krisowym bigosie.
Chciałbym jeszcze tak króciutko, ale bardzo króciutko wspomnieć o ostatecznym celu naszej podróży. A jest nim? Spot kitesurfing'owy. Biały piasek, plaża, palmy, wino z węża (w sensie z takiego gada), wiatr, słońce i zapach napalmu o poranku...










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz