środa, 14 marca 2012

Mui Ne - no to jak to jest być w raju?

Widok z balkonu hotelu, w którym się zatrzymaliśmy na tydzień.
Wiem, że kilka osób czeka na kolejny wpis, ale... tutaj jest tak pięknie, że nie ma nawet kiedy na spokojnie usiąść i to wszystko spisać. Trafiliśmy do nadmorskiego kurortu o wdzięcznej nazwie Mui Ne nieopodal miasta Phan Thiet. Tutaj jest absolutnie wszystko, co potrzebne jest do spokojnego wypoczynku na plaży i poza nią: słońce, złocisty piasek, kokosy, owoce morza, restauracyjki, kawiarenki, sklepy z pamiątkami, ciuchami (mniej lub bardziej oryginalnymi), skutery za kilka dolarów na cały dzień, okoliczne atrakcje turystyczne - białe i czerwone wydmy, ogromny leżący posąg Buddy, czerwony kanion, wodospad i przede wszystkim tanie hoteliki przy plaży o taki standardzie, o którym w naszym kraju można pomarzyć. Człowiek wstaje rano, schodzi na śniadanie przy plaży, pije kawę, je bagietkę i omleta z pomidorami, cebulą i topionym serem, na dokładkę popija dużym tzw. kokosowym lub bananowym smoothie, wraca po ręcznik, smaruje się minimum pięćdziesiątką (niższe filtry tu są dla prawdziwych twardzieli) i rusza na plażę, gdzie za dosłownie chwilę niebo zostaje usłane prawie setką latawców do kitesurfingu. W powietrzu unosi się zapach mango i kokosów - i to nie zawsze pachnie smarowidłami do opalania. Po plaży chodzą mieszkanki Mui Ne i sprzedają świeże owoce. Już za 30.000 VND (4,5 zł) można napić się mleczka z orzecha kokosowego, który rozłupywany jest przy Tobie za pomocą tasaka... I tak szczerze... Kiedy człowiek ma się skupić i napisać cokolwiek? :) Może uda się jutro z samego rana napisać więcej? Na koniec dwa filmy.

niedziela, 11 marca 2012

Podsumowanie na półmetku

Wszędobylski Ho Chi Minh
Postanowiłem podsumować pierwszy tydzień naszego pobytu w Wietnamie, ponieważ kolejne siedem dni spędzimy w zupełnie w innych warunkach i skupiając się na innych przyjemnościach. Ten pierwszy okres był jakby swojego rodzaju przetarciem z tutejszą kulturą, zasadami, zachowaniami, kosztami życia codziennego i poznawaniem całkiem odmiennego dla nas europejczyków otoczenia.

1. Ludzie

Mieszkańcy Wietnamu są nad wyraz sympatyczni. Nie wydają się być agresywni i są przyjaźnie nastawieni do turystów. Czasami faktycznie zdarza się, że widzą u nas tylko dolary, ale tylko w miejscach, które masowo uczęszczane są przez obcych. Gdy zapuszczaliśmy się w ustronne miejsca, gdzieś na uboczu, trochę ich tym zaskakiwaliśmy, ale zaraz potrafili się odnaleźć. Ciężko tylko było się dogadać, ale wystarczyło pokazać palcem co się chce lub zapisać na kartce. Tak na przykład trafiliśmy na doskonałą i tanią kawę lub całkiem niezłe bagietki z "czymś" :) Wietnamczycy sami w stosunku do siebie są towarzyscy i otwarci. Uśmiechają się, żartują i bardzo kochają swoje pociechy. Oczywiście jak wszędzie na świecie też czasami się kłócą, np. my byliśmy świadkami awantury podczas stłuczki dwóch luksusowych aut. Często bezinteresownie pomagają, np. gdy się zgubisz, to wytłumaczą drogę sami lub poproszą kogoś ze współbratymców. Są też tacy, którzy cwaniakują - zwykle taksówkarze - każesz im zawieść się do hotelu, ale jak wyczują, że nie masz rezerwacji, to zawiozą Cię tam, gdzie dostają działkę od właściciela. Wtedy otwierają się drzwi i człowiek zaprasza do opuszczenia samochodu - trzeba się wykazać wtedy całkiem niezłą asertywnością. Oczywiście dowiesz się wtedy, że Twój hotel jest albo w niebezpiecznym miejscu, albo przestał istnieć, albo jest w głośnej okolicy. Zaskoczyli nas na minus mieszkańcy Sa Pa. Spodziewaliśmy się uśmiechniętych kobiet ubranych różnokolorowe stroje. I tak było, ale te kobiety potrafiły wykończyć człowieka swoją namolnością - co więcej, mogły przejść za Tobą kilkaset metrów i miauczeć "buy something for me". Co ciekawe restauratorzy czy ochroniarze przeganiali te kobiety dosłownie odpychając je z odrazą, a na wszystkich ulotkach wielkimi literami było napisane, aby nie kupować niczego od namolnych góralek. Szkoda, bo miejsce godne uwagi.

2. Transport i poruszanie się

Absolutny brak zasad
W Wietnamie spodziewaliśmy się sporej ilości skuterów, ale nie da się opisać tego, co dzieje się na ulicy. Określenie "ale Sajgon" nie wzięło się znikąd. Tutaj przepisy drogowe są całkowicie umowne. Niby są znaki drogowe, ale jest ich strasznie mało i praktycznie ich nie widać. Są namalowane linie na jezdni, ale nikt w ogóle nie zwraca na nie uwagi. Światło czerwone? Może w Sajgonie w godzinach szczytu było respektowane. Przejścia dla pieszych, ale żadnych świateł. Ludzi w Wietnamie jest podobno 18 milionów, a skuterów 14 milionów. Zatem wszystko kręci się w okół nich - są odrębne pasy tylko dla dwukołowców, ale oni i tak jeżdżą wszędzie - nawet po chodnikach! (których i tak jest mało). Pieszych absolutnie nie widać. Pieszymi są tylko turyści. Ciekawą zasadą jest trąbienie na wszystko i wszystkich. W ten sposób Wietnamczycy ostrzegają innych uczestników ruchu o tym, że są tuż obok. Wyprzedzanie na autostradzie na podwójnej ciągłej przez autobus zapakowany ludźmi jest standardem. Jazda pod prąd dwupasmówką również. Przejście przez ulicę czy to przez przejście dla pieszych, czy w miejscu dla nas niedozwolonym jest jak walka o przetrwanie - tutaj nikt się nie zatrzymuje, nawet autobusy czy ciężarówki. One nas miną, ale nigdy nie staną. Jeśli chodzi o flotę, to wydaje mi się, że tutaj wygląda to o wiele lepiej jak w Polsce - autobusy mają klimę, są czyste, taksówki te zrzeszone są powiedzmy luksusowe - taksówkarze ubrani w krawaty pod kolor korporacji. Każdy chce Cie podwieźć, nawet na "motobajku".

3. Zwyczaje

Wietnamczycy są ciekawym narodem. Wyobraźcie sobie, że nigdy Cię nie oszukają na pieniądze. Za każdym razem dostajesz rachunek, ale absolutnie wszędzie - nawet w ulicznej jadłodajni. Zawsze wydają resztę. Raz się tylko zdarzyło, że reszty nie dostaliśmy, ale to była akurat indyjska restauracja, gdzie obsługiwali hindusi. Idąc ulicą nikt ze sklepów nie wybiega i nie wciąga Cię na siłę jak np. w Egipcie czy Turcji. Restauratorzy zapraszają Cię do swoich knajpek podając menu i wołając Ciebie z oddali. Hotelarze oprowadzą Cię po hotelu i pokażą pokoje. Wszystko bezstresowo. Jeśli kupujesz wietnamską kawę w lokalu wietnamskim (takim ulicznym, mało uczęszczanym), to dostajesz dodatkowo herbatę do popicia w gratisie - te kosmopolityczne knajpy już tego nie robią. Jeśli wejdziesz do sklepu i nic nie kupisz, to nie strzelają focha, tylko ładnie dziękują i zapraszają do odwiedzenia następnym razem. Zawsze dziękują lub przepraszają. Jeśli chcą Cię zawołać, to kiwają ręką zawsze zwróconą do dołu - w ten sposób okazują szacunek. Nie spinają się, gdy ich nie rozumiesz, a wierzcie mi, nawet rodowici Anglicy ich często nie rozumieją - powtarzają tak długo, aż potwierdzisz, że do Ciebie dotarło lub używają synonimów. Wietnamczycy dbają o kondycję fizyczną. To jest niezaprzeczalny fakt. Jadąc o 6 rano taksówką na lotnisko, a było jeszcze ciemno, po drodze mijaliśmy biegających i ćwiczących Tai Chi mieszkańców Hanoi - widok absolutnie fantastyczny. Parki w Sajgonie pełne ludzi. Młodzi chłopacy grają w naszą zośkę, dziewczyny w kometkę, kobiety w sile wieku ogarniają aerobik a sędziwe Panie ćwiczą Tai Chi. W kilku miejscach ludzie tańczą na scenie przy różnej muzyce - tak wygląda życie wieczorem i rano w Wietnamie.



4. Kontrasty

Ludność Wietnamu z początku wydaje się biedna - w końcu to kraj komunistyczny. Ale po chwili można zauważyć dość spore kontrasty jeśli chodzi o zamożność. Z jednej strony mamy biednych ludzi, którzy siedzą na ulicy i cały czas coś jedzą, sprzedają owoce, różne różności, z drugiej strony widzimy na ulicach auta i wierzcie mi często są to marki i modele typu: Audi Q7, Lexus, Porsche Panamera, Kia Sportage i w większości w mega luksusowych wersjach. Tu nie ma starych aut. Po środku jest ta cała masa motorków wszelkiej maści. Jeśli chodzi o domy, to mamy te ładne i te zasyfione, ale wszystkie mają jedną wspólną cechę: są wąskie do granic możliwości i nienaturalnie wysokie, nawet na kilka pięter. W większości tych domów wejście wygląda jak brama do garażu (najczęściej otwarta), a za nią... salon z ogromnym telewizorem plazmowym. Ostatnim kontrastem jest różnica pomiędzy północą (Hanoi) a południem (Sajgon). Oba miasta są całkowicie inne. Hanoi jest stare, mokre, wilgotne i potwornie brudne. Ma to swój pewien urok, ale wiem, że nie chcę tam wrócić. Sajgon prezentuje się o niebo lepiej - jest nowoczesne, czyste i prawie zadbane, ceny są niższe, a ludzie bardziej cywilizowani. To miasto ma w sobie coś wyjątkowego.


5. Koszty

Na koniec pozostawiłem sobie koszty życia turysty w Wietnamie. Szybkie wyliczenia:

1 USD = 20.000 VND (kurs na dzień wyjazdu 1 USD - 3,10 zł)

Hotel w Hanoi: 22 USD za dwuosobowy pokój w samym centrum
Hotel w Sa Pa: 35 USD za dwuosobowy pokój z pięknym widokiem na góry i kominkiem
Hotel w Sajgonie: 25 USD za dwuosobowy pokój ze śniadaniem w samym centrum
Hotel w Mui Ne: 20 USD za dwuosobowy pokój z widokiem na morze, klima, TV, lodówka

Wypożyczenie skuterka na cały dzień: 5 USD
Paliwo: 20.000 VND za litr

Kawa z mlekiem: 10.000 VND - 25.000 VND
Piwo: 10.000 VND - 25.000 VND
Śniadanie dla dwóch osób około 100.000 VND
Obiad z piwem dla dwóch osób około 200.000 VND
Kolacja z piwem/winem bardzo obfita dla dwóch osób około 220.000 VND

Wypożyczenie kiteboardu na tydzień: 100 USD (można utargować do 90 USD a nawet 70 USD)

Wycieczka do Halong Bay: 25 USD
Wycieczka do delty Mekongu: 9 USD
Pociąg z Hanoi do Sa Pa (ok. 300 km): 35 USD w jedną stronę w przedziale sypialnym.
Autobus Sajgonu do Mui Ne (220 km): 6 USD w jedną stronę w klimatyzowanym autobusie (tu ciekawostka, bo w autobusie był swojego rodzaju steward, który rozdawał bezpłatne butelki z wodą i chusteczki nawilżające, autobus również miał 15 minutowy postój w zajeździe z jedzeniem i toaletą)

Wódka ryżowa w restauracji 300 ml: 50.000 VND

Generalnie wyliczyliśmy, że dwie osoby z hotelem i jedzeniem (owoce morza, tajskie i wietnamskie dania) na cały dzień bez ograniczeń (w tym napoje typu kawa, piwo, wino, wódka) w Mui Ne wydadzą dziennie max 50 USD (około 160 zł !!!)

Na sam koniec ciekawostki:

- na każdym banknocie, na wszystkich nominałach przedstawiony jest wizerunek Ho Chi Minha,
- w Wietnamie nie ma czegoś takiego jak zemsta faraona :),
- wódka ryżowa ma 29,5%,
- tutaj niczego nie trzeba szukać, wszystko samo znajduje Ciebie,
- mitem jest jedzenie psów czy innych dziwactw,
- skuterek jest wstanie przewieźć absolutnie wszytko, począwszy od kilku zgrzewek napojów, przez wysokie kosze z chrustem, aż po całą pięcioosobową rodzinę,
- WiFi i internet jest absolutnie wszędzie, nie zawsze jest jednak otwarty dostęp,
- Facebook jest zablokowany przez władzę, ale można obejść zabezpieczenia korzystając z aplikacji w telefonie.

Dzień 7 - Delta Mekongu (Sajgon)

Wyprawa łodzią w delcie Mekongu
Ale się wyspaliśmy... Pobudka o 6:30 i śniadanie w hotelu od 7. Cały czas przypominam, że za hotel płaciliśmy 25 USD za dobę ze śniadaniem (około 80 zł). Było to ścisłe centrum Sajgonu, gdzie praktycznie mieliśmy wypad na wszystko co możliwe. Szczerze polecamy - Orient Hotel.

O 8 przyjechał po nas autobus i ruszyliśmy na wycieczkę do delty Mekongu (9 USD za osobę - piszę to celowo, bo zobaczycie co w tym mieliśmy). Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę i kokosy. Tita oczywiście kupiła mi prezent - ręcznej roboty drapaczkę do pleców :) Słodko. Na miejscu robili cuda z drewna - lakierowali, polerowali i ozdabiali masą perłową - pudełka na karty do gry, pałeczki, miseczki, dosłownie wszystko - piękne rzeczy, ale dość drogie. Około 10 dojechaliśmy do portu skąd zabrała nas łódka. Nasz przewodnik, Lionel, cały czas nas zabawiał. Generalnie był mega wesoły - śpiewał, opowiadał różne historie, które oczywiście miały niewiele wspólnego z prawdą i robił konkursy.

I tu zaczyna się opowieść o raju... tak, tam dokąd płynęliśmy mieścił się mój raj. Pierwsza wyspa: kokosowe palmy, bambusy, ogromne kolorowe motyle, biegające po drzewach pomarańczowe gekony i ... wioska pszczelarzy, który z miodu wytwarzali... słodycze! Mniam! Zostaliśmy poczęstowani herbatą, którą przyrządziła nam jedna z mieszkanek wyspy - miód, orzeszki, limonka i tradycyjna wietnamska herbatka. Obok mieliśmy wysypane słodycze - cukierki a'la sezamki, suszony imbir w miodzie oraz suszone banany. Przyszedł jeszcze jeden pan, wystawił dwa kieliszki (dziewczyny oczywiście nie są alkoholowo obsługiwane w Wietnamie :) ) i polał nam wódki z bananów - pychotka - smakowało trochę jak słodkie whiskey. Ja wykorzystałem moment kiedy Tita poszła zwiedzać wyspę i kupiłem od lokalnej społeczności ten suszony imbir (30.000 VND) - podejrzewam, że nigdy czegoś takiego nie jedliście - smak słodko-ostry, ale tak paląco ostry. Myślę, że koledze Malinowi by się spodobało.


Kokosy na wyspie Ben Tre

Kolejna wyspa, na którą nas zabrano słynęła z produkcji słodyczy wytwarzanych z kokosa :) Normalnie raj. Dokoła same palmy kokosowe. Można zrywać garściami. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś ma takie ogromne dłonie. W każdym razie mieszkańcy mają taką mini fabryczkę, w której obierają kokosy, wrzucają do takiej tarki, która robi wiórki, a potem gotują je razem z mleczkiem, wyciskają na prasie i w zależności od produkowanego smaku dodają albo czekoladę, albo orzeszki, albo owoce i wiele, wiele innych składników. Potem do formy, krojenie i uwaga - zawijanie w ryżowe papierki, które można jeść razem z cukierkiem :) Tutaj oczywiście też musiałem kupić paczuszkę (30.000 VND) - jadłem dwa dni, a słodycze uwielbiam.

Następna wyspa - tu niestety nie robili słodyczy, ale za to mieliśmy lunch. Podszedł Lionel i wytłumaczył, że dania, które dostaniemy są niewielkie i jeśli chcemy, to możemy sobie coś domówić. Dostaliśmy menu, z którego można było sobie wybrać prócz dań nam dobrze znanych: krokodyla, strusia, węża boa, kobrę, żółwia i ogromne kokosowe robale :) Te ostatnie przypadły mi do gustu (15.000 VND), ale Tita powiedziała, że jak je zjem, to już nigdy mnie nie pocałuje... :(


Po lunchu przeszliśmy się po małej osadzie i wypożyczyliśmy rowery. Wycieczka po wyspie była urocza - mijaliśmy małe chatki, działki, drzewa z owocami, kokosy i inne. Po powrocie mrożona kawa i kokosy. Naprawę ciężko jest lekko żyć. Wróciliśmy na naszą łódkę, która zabrała nas na przystań, gdzie czekały na nas takie małe łódeczki. Założyliśmy trzcinowe kapelusze i popłynęliśmy wgłąb wyspy - było cudownie! Dotarliśmy do małej osady, w której miejscowi poczęstowali nas herbatą, świeżymi owocami - większość z tych owoców widzieliśmy pierwszy raz w życiu, nie mówiąc już o ich jedzeniu. Uraczono nas nawet małym występem wokalnym - były oklaski i zbiórka VND dla artystów.

Powrót do hotelu trwał bardzo krótko (70 km). Szybka kąpiel i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu lokalnej restauracji polecanej przez przewodnik i jeden z blogów. Po ponad godzinnym spacerze dotarliśmy na miejsce - niestety trwały tam prace budowlane przy kolejny apartamentowcu. Jednak spora część ludzi ma rację - trzeba spieszyć się ze zwiedzaniem Wietnamu, bo zmienia się nie do poznania. Musieliśmy wrócić do naszej ulubionej knajpki z wczoraj: piwo za 10.000 VND i ogromne dania za kolejne 60.000 VND. Trochę nam żal opuszczać Sajgon, bo było naprawdę ekstra. Jutro jedziemy na prawdziwe wakacje - Mui Ne Beach!



































 

piątek, 9 marca 2012

Dzień 6 - Hanoi - Sajgon

Sajgon w południe - najmniejszy ruch...
Szósty dzień naszej podróży otwiera nowy rozdział przygody. Rozdział dotychczas najlepszy :) Postaram się to opisać jak najdokładniej, żeby oddać atmosferę, która zmieniła się diametralnie.

Dzień kobiet rozpoczął się w pociągu - pobudka o 4.30 rano. Dosłownie za pół godziny mieliśmy wysiadać w Hanoi. Tym razem naprawdę się wyspaliśmy. Może to dlatego, że wagon miał inne resory? Stolica Wietnamu przywitała nas mżawką i ogólnym brudem. Poszukaliśmy na szybko ulicznej jadłodajni, spożyliśmy tradycyjne bułki z ... czymś. Potem ruszyliśmy na poszukiwania taksówki. Oczywiście nikt nie chciał negocjować, a jeden taksówkarz nawet nas wyśmiał jak mu zaproponowaliśmy 10 USD za dojazd do No Bai Airport. W końcu ktoś zgodził się nas zawieźć za 15 USD, a dokładniej 330.000 VND. Po drodze mijaliśmy parki, w których to Wietnamczycy uprawiali jogging, tai chi i inne zajęcia ruchowe. Muszę nadmienić, że o tej godzinie było jeszcze ciemno :) Na lotnisku kawa (mmmmmmmm), toaleta i oczekiwanie na check-in. Bilety oczywiście już mieliśmy kupione w Polsce, więc bezstresowo oczekiwaliśmy na nasz pomarańczowy samolot linii JetStar.

Podróż przebiegała dość normalnie. Ciekawostką było to, że w samolocie prawie 90% pasażerów to miejscowi: babcie w chustach na głowie i bez wszystkich zębów, dziadkowie, zwykli Wietnamczycy, którzy swoje stopy wciskali między fotele. Tita nawet miała przyjemność prawie przytulić się do jednej męskiej stopy pana siedzącego za nią.

Po wylądowaniu w Sajgonie uderzyła nas gorączka - 34 stopnie i "pełna lampa". Jednak 1700 km różnicy robi swoje. Wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy za 10 USD do centrum, gdzie znajdował się wybrany z przewodnika hotel Orient. Już z okna samochodu dało się zauważyć, że to miasto ma zupełnie inny klimat - jest przede wszystkim o niebo czystsze od Hanoi, a i ludzie są jacyś tacy bardziej kolorowo ubrani i uśmiechnięci. Hotel okazał się strzałem w dziesiątkę - jego położenie jest idealne - w okolicy jest praktycznie wszystko: sklepy, biura turystyczne, restauracje, puby, bankomaty, uliczne stragany oraz ogromny park. Pokój dwuosobowy z klimatyzacją, z oknem (które w ogóle nie jest potrzebne), z mini barkiem i wliczonym w cenę śniadaniem kosztuje 25 USD za dobę... Standard o niebo lepszy, niż w hotelu w Hanoi.

A my klasycznie - szybka kąpiel, przebierka i w miasto, na zwiedzanie. Naszym celem było muzeum wojny oraz pagoda. Po drodze mijaliśmy miliony skuterów, ale absolutnie miliony. Masa różnokolorowych kasków przetaczała się ulicami, zarówno tymi szerokimi jak i wąskimi. I tak bez końca. Na trasie naszej podróży był sporej wielkości śliczny park z kilkudziesięcioma rzeźbami, które przedstawiały jakieś postacie historyczne oraz pałac niepodległości - ostatni budynek, który poddał się praktycznie bez walki pod naporem wojsk Wietnamu Północnego.W międzyczasie daliśmy się naciągnąć sprzedawcy kokosów na dwa pyszne i przede wszystkim zimne napoje. Koszt (absolutnie rekordowy), to 50.000 VND za sztukę (normalnie można kupić od 15.000 do 22.000 VND), ale w sumie chłopak zasłużył, bo pomógł nam dotrzeć do muzeum i dał ponosić swój mini sklep na ramionach. Niech mu będzie, a co tam.

Śmigłowiec Bell UH-1 Iroquois - potocznie Huey - zdobyczny :)
Muzeum Wojny Wietnamskiej - tutaj tradycyjnie wejście płatne około 20.000 VND od osoby. Jest to miejsce, które musi odwiedzić każdy turysta udający się do Wietnamu. I jest to moja subiektywna opinia, ale powie to pewnie każdy, który tutaj był. Muzeum przedstawia obraz wojny oczami Wietnamczyków, trochę inaczej, niż to pokazują filmowe produkcje rodem z USA. Ja wiem, że wojna zawsze ma dwie strony medalu a najbardziej cierpi ludność cywilna, ale kurcze, tutaj to autentycznie amerykanie byli agresorem i siłą chciały wprowadzać demokrację wśród tych szczęśliwych i niczego specjalnego nie oczekujących od życia ludzi. Daleki jestem od politycznych wycieczek, ale musimy zrozumieć Wietnamczyków, chcieli się zjednoczyć i stworzyć jedno niepodległe Państwo, a tu wpadają Jankesi i zabijają kobiety, dzieci oraz starców, paląc ich napalmem lub trując dioksynami. Muzeum bardzo przygnębiające - Tita dała radę zobaczyć tylko wystawę do pierwszego piętra, gdzie prezentowane były fotografie zdeformowanych dzieci po zatruciu chemikaliami zwanymi potocznie Agent Orange.

Kolejny cel spaceru, to pagoda, czyli taka wieża przy klasztorze buddyjskim, w którym to przechowywane są relikwie. Co prawda dotarliśmy do niej, ale była już zamknięta. Po drodze wypiliśmy mrożoną kawę w miejscu, które mamy nadzieję, że było kwiaciarnią. Wisiało tam dość dużo wiązanek... pogrzebowych. Ale kawa była pyszna. Zresztą jak zwykle. Postanowiliśmy wrócić do hotelu, załatwić sprawy związane z wypłatami z konta bankowego :) oraz ruszyć na shopping. Krisowie postanowili się rozdzielić i poszli swoją drogą - bardziej w kierunku nowoczesnej części miasta. My przy okazji zorganizowaliśmy bilety na wycieczkę do delty Mekongu (9 USD) oraz zabukowaliśmy cztery miejsca w autobusie do Mui Ne na sobotę rano (6 USD). Trochę umęczeniu postanowiliśmy przycupnąć w ulicznym barze i wypić mrożone piwo z butelki (10.000 VND - 1,5 zł). Krisowie do nas dotarli. Zjedliśmy jeszcze sajgonki jako starter za 20.000 VND i ruszyliśmy na jakieś konkrety. Oczywiście po drodze zrobiliśmy zakupy - Tita kupiła sukienkę, a ja lansiarskie spodenki Abercrombie&Fitch za jedyne 250.000 VND (40 zł). Wietnamczycy wiedzą dokładnie jak robić podróbki. Moja jest wręcz majstersztykiem.

Kolacja, na którą dotarliśmy była dotychczas najlepszym posiłkiem spożytym w Wietnamie i co więcej - najtańszym: noodle z krewetkami i warzywami, szpinak z krewetkami, kurczak, sajgonki i nie pamiętam co jeszcze, plus cztery duże piwa z butelki - 330.000 VND. Ale było przepyszne. Sajgon strasznie się nam podoba - jest dużo turystów, pogoda fantastyczna (34 stopnie), w miarę czysto, nie ma natarczywych ludzi, ceny sporo niższe niż w brudnym Hanoi i w ogóle tak... inaczej, fajniej. W drodze powrotnej do hotelu doznałem lekkiego szoku: co kawałek zaczepiał mnie jakiś Wietnamczyk i pytał: marihuana, haszisz, opium? Było to o tyle dziwne, że tutaj za posiadanie narkotyków grozi dożywocie lub kara śmierci... Chyba, że coś się zmieniło, ale wątpię. No nic, trzeba iść do łózka, napisać kolejną część bloga i wyspać się, bo wycieczka do delty Mekongu może okazać się męcząca... ale jak będziecie mieli okazję przeczytać w kolejnej części - będzie to kolejny fantastyczny dzień spędzony w Wietnamie.