| Sajgon w południe - najmniejszy ruch... |
Dzień kobiet rozpoczął się w pociągu - pobudka o 4.30 rano. Dosłownie za pół godziny mieliśmy wysiadać w Hanoi. Tym razem naprawdę się wyspaliśmy. Może to dlatego, że wagon miał inne resory? Stolica Wietnamu przywitała nas mżawką i ogólnym brudem. Poszukaliśmy na szybko ulicznej jadłodajni, spożyliśmy tradycyjne bułki z ... czymś. Potem ruszyliśmy na poszukiwania taksówki. Oczywiście nikt nie chciał negocjować, a jeden taksówkarz nawet nas wyśmiał jak mu zaproponowaliśmy 10 USD za dojazd do No Bai Airport. W końcu ktoś zgodził się nas zawieźć za 15 USD, a dokładniej 330.000 VND. Po drodze mijaliśmy parki, w których to Wietnamczycy uprawiali jogging, tai chi i inne zajęcia ruchowe. Muszę nadmienić, że o tej godzinie było jeszcze ciemno :) Na lotnisku kawa (mmmmmmmm), toaleta i oczekiwanie na check-in. Bilety oczywiście już mieliśmy kupione w Polsce, więc bezstresowo oczekiwaliśmy na nasz pomarańczowy samolot linii JetStar.
Podróż przebiegała dość normalnie. Ciekawostką było to, że w samolocie prawie 90% pasażerów to miejscowi: babcie w chustach na głowie i bez wszystkich zębów, dziadkowie, zwykli Wietnamczycy, którzy swoje stopy wciskali między fotele. Tita nawet miała przyjemność prawie przytulić się do jednej męskiej stopy pana siedzącego za nią.
Po wylądowaniu w Sajgonie uderzyła nas gorączka - 34 stopnie i "pełna lampa". Jednak 1700 km różnicy robi swoje. Wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy za 10 USD do centrum, gdzie znajdował się wybrany z przewodnika hotel Orient. Już z okna samochodu dało się zauważyć, że to miasto ma zupełnie inny klimat - jest przede wszystkim o niebo czystsze od Hanoi, a i ludzie są jacyś tacy bardziej kolorowo ubrani i uśmiechnięci. Hotel okazał się strzałem w dziesiątkę - jego położenie jest idealne - w okolicy jest praktycznie wszystko: sklepy, biura turystyczne, restauracje, puby, bankomaty, uliczne stragany oraz ogromny park. Pokój dwuosobowy z klimatyzacją, z oknem (które w ogóle nie jest potrzebne), z mini barkiem i wliczonym w cenę śniadaniem kosztuje 25 USD za dobę... Standard o niebo lepszy, niż w hotelu w Hanoi.
A my klasycznie - szybka kąpiel, przebierka i w miasto, na zwiedzanie. Naszym celem było muzeum wojny oraz pagoda. Po drodze mijaliśmy miliony skuterów, ale absolutnie miliony. Masa różnokolorowych kasków przetaczała się ulicami, zarówno tymi szerokimi jak i wąskimi. I tak bez końca. Na trasie naszej podróży był sporej wielkości śliczny park z kilkudziesięcioma rzeźbami, które przedstawiały jakieś postacie historyczne oraz pałac niepodległości - ostatni budynek, który poddał się praktycznie bez walki pod naporem wojsk Wietnamu Północnego.W międzyczasie daliśmy się naciągnąć sprzedawcy kokosów na dwa pyszne i przede wszystkim zimne napoje. Koszt (absolutnie rekordowy), to 50.000 VND za sztukę (normalnie można kupić od 15.000 do 22.000 VND), ale w sumie chłopak zasłużył, bo pomógł nam dotrzeć do muzeum i dał ponosić swój mini sklep na ramionach. Niech mu będzie, a co tam.
| Śmigłowiec Bell UH-1 Iroquois - potocznie Huey - zdobyczny :) |
Kolejny cel spaceru, to pagoda, czyli taka wieża przy klasztorze buddyjskim, w którym to przechowywane są relikwie. Co prawda dotarliśmy do niej, ale była już zamknięta. Po drodze wypiliśmy mrożoną kawę w miejscu, które mamy nadzieję, że było kwiaciarnią. Wisiało tam dość dużo wiązanek... pogrzebowych. Ale kawa była pyszna. Zresztą jak zwykle. Postanowiliśmy wrócić do hotelu, załatwić sprawy związane z wypłatami z konta bankowego :) oraz ruszyć na shopping. Krisowie postanowili się rozdzielić i poszli swoją drogą - bardziej w kierunku nowoczesnej części miasta. My przy okazji zorganizowaliśmy bilety na wycieczkę do delty Mekongu (9 USD) oraz zabukowaliśmy cztery miejsca w autobusie do Mui Ne na sobotę rano (6 USD). Trochę umęczeniu postanowiliśmy przycupnąć w ulicznym barze i wypić mrożone piwo z butelki (10.000 VND - 1,5 zł). Krisowie do nas dotarli. Zjedliśmy jeszcze sajgonki jako starter za 20.000 VND i ruszyliśmy na jakieś konkrety. Oczywiście po drodze zrobiliśmy zakupy - Tita kupiła sukienkę, a ja lansiarskie spodenki Abercrombie&Fitch za jedyne 250.000 VND (40 zł). Wietnamczycy wiedzą dokładnie jak robić podróbki. Moja jest wręcz majstersztykiem.
Kolacja, na którą dotarliśmy była dotychczas najlepszym posiłkiem spożytym w Wietnamie i co więcej - najtańszym: noodle z krewetkami i warzywami, szpinak z krewetkami, kurczak, sajgonki i nie pamiętam co jeszcze, plus cztery duże piwa z butelki - 330.000 VND. Ale było przepyszne. Sajgon strasznie się nam podoba - jest dużo turystów, pogoda fantastyczna (34 stopnie), w miarę czysto, nie ma natarczywych ludzi, ceny sporo niższe niż w brudnym Hanoi i w ogóle tak... inaczej, fajniej. W drodze powrotnej do hotelu doznałem lekkiego szoku: co kawałek zaczepiał mnie jakiś Wietnamczyk i pytał: marihuana, haszisz, opium? Było to o tyle dziwne, że tutaj za posiadanie narkotyków grozi dożywocie lub kara śmierci... Chyba, że coś się zmieniło, ale wątpię. No nic, trzeba iść do łózka, napisać kolejną część bloga i wyspać się, bo wycieczka do delty Mekongu może okazać się męcząca... ale jak będziecie mieli okazję przeczytać w kolejnej części - będzie to kolejny fantastyczny dzień spędzony w Wietnamie.
Sajgon to bardzo dobre miejsce do zakupienia gadżetów - np. kubka :)) Pozdro!
OdpowiedzUsuńpopieram powyzsze :D
OdpowiedzUsuń