piątek, 9 marca 2012

Dzień 6 - Hanoi - Sajgon

Sajgon w południe - najmniejszy ruch...
Szósty dzień naszej podróży otwiera nowy rozdział przygody. Rozdział dotychczas najlepszy :) Postaram się to opisać jak najdokładniej, żeby oddać atmosferę, która zmieniła się diametralnie.

Dzień kobiet rozpoczął się w pociągu - pobudka o 4.30 rano. Dosłownie za pół godziny mieliśmy wysiadać w Hanoi. Tym razem naprawdę się wyspaliśmy. Może to dlatego, że wagon miał inne resory? Stolica Wietnamu przywitała nas mżawką i ogólnym brudem. Poszukaliśmy na szybko ulicznej jadłodajni, spożyliśmy tradycyjne bułki z ... czymś. Potem ruszyliśmy na poszukiwania taksówki. Oczywiście nikt nie chciał negocjować, a jeden taksówkarz nawet nas wyśmiał jak mu zaproponowaliśmy 10 USD za dojazd do No Bai Airport. W końcu ktoś zgodził się nas zawieźć za 15 USD, a dokładniej 330.000 VND. Po drodze mijaliśmy parki, w których to Wietnamczycy uprawiali jogging, tai chi i inne zajęcia ruchowe. Muszę nadmienić, że o tej godzinie było jeszcze ciemno :) Na lotnisku kawa (mmmmmmmm), toaleta i oczekiwanie na check-in. Bilety oczywiście już mieliśmy kupione w Polsce, więc bezstresowo oczekiwaliśmy na nasz pomarańczowy samolot linii JetStar.

Podróż przebiegała dość normalnie. Ciekawostką było to, że w samolocie prawie 90% pasażerów to miejscowi: babcie w chustach na głowie i bez wszystkich zębów, dziadkowie, zwykli Wietnamczycy, którzy swoje stopy wciskali między fotele. Tita nawet miała przyjemność prawie przytulić się do jednej męskiej stopy pana siedzącego za nią.

Po wylądowaniu w Sajgonie uderzyła nas gorączka - 34 stopnie i "pełna lampa". Jednak 1700 km różnicy robi swoje. Wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy za 10 USD do centrum, gdzie znajdował się wybrany z przewodnika hotel Orient. Już z okna samochodu dało się zauważyć, że to miasto ma zupełnie inny klimat - jest przede wszystkim o niebo czystsze od Hanoi, a i ludzie są jacyś tacy bardziej kolorowo ubrani i uśmiechnięci. Hotel okazał się strzałem w dziesiątkę - jego położenie jest idealne - w okolicy jest praktycznie wszystko: sklepy, biura turystyczne, restauracje, puby, bankomaty, uliczne stragany oraz ogromny park. Pokój dwuosobowy z klimatyzacją, z oknem (które w ogóle nie jest potrzebne), z mini barkiem i wliczonym w cenę śniadaniem kosztuje 25 USD za dobę... Standard o niebo lepszy, niż w hotelu w Hanoi.

A my klasycznie - szybka kąpiel, przebierka i w miasto, na zwiedzanie. Naszym celem było muzeum wojny oraz pagoda. Po drodze mijaliśmy miliony skuterów, ale absolutnie miliony. Masa różnokolorowych kasków przetaczała się ulicami, zarówno tymi szerokimi jak i wąskimi. I tak bez końca. Na trasie naszej podróży był sporej wielkości śliczny park z kilkudziesięcioma rzeźbami, które przedstawiały jakieś postacie historyczne oraz pałac niepodległości - ostatni budynek, który poddał się praktycznie bez walki pod naporem wojsk Wietnamu Północnego.W międzyczasie daliśmy się naciągnąć sprzedawcy kokosów na dwa pyszne i przede wszystkim zimne napoje. Koszt (absolutnie rekordowy), to 50.000 VND za sztukę (normalnie można kupić od 15.000 do 22.000 VND), ale w sumie chłopak zasłużył, bo pomógł nam dotrzeć do muzeum i dał ponosić swój mini sklep na ramionach. Niech mu będzie, a co tam.

Śmigłowiec Bell UH-1 Iroquois - potocznie Huey - zdobyczny :)
Muzeum Wojny Wietnamskiej - tutaj tradycyjnie wejście płatne około 20.000 VND od osoby. Jest to miejsce, które musi odwiedzić każdy turysta udający się do Wietnamu. I jest to moja subiektywna opinia, ale powie to pewnie każdy, który tutaj był. Muzeum przedstawia obraz wojny oczami Wietnamczyków, trochę inaczej, niż to pokazują filmowe produkcje rodem z USA. Ja wiem, że wojna zawsze ma dwie strony medalu a najbardziej cierpi ludność cywilna, ale kurcze, tutaj to autentycznie amerykanie byli agresorem i siłą chciały wprowadzać demokrację wśród tych szczęśliwych i niczego specjalnego nie oczekujących od życia ludzi. Daleki jestem od politycznych wycieczek, ale musimy zrozumieć Wietnamczyków, chcieli się zjednoczyć i stworzyć jedno niepodległe Państwo, a tu wpadają Jankesi i zabijają kobiety, dzieci oraz starców, paląc ich napalmem lub trując dioksynami. Muzeum bardzo przygnębiające - Tita dała radę zobaczyć tylko wystawę do pierwszego piętra, gdzie prezentowane były fotografie zdeformowanych dzieci po zatruciu chemikaliami zwanymi potocznie Agent Orange.

Kolejny cel spaceru, to pagoda, czyli taka wieża przy klasztorze buddyjskim, w którym to przechowywane są relikwie. Co prawda dotarliśmy do niej, ale była już zamknięta. Po drodze wypiliśmy mrożoną kawę w miejscu, które mamy nadzieję, że było kwiaciarnią. Wisiało tam dość dużo wiązanek... pogrzebowych. Ale kawa była pyszna. Zresztą jak zwykle. Postanowiliśmy wrócić do hotelu, załatwić sprawy związane z wypłatami z konta bankowego :) oraz ruszyć na shopping. Krisowie postanowili się rozdzielić i poszli swoją drogą - bardziej w kierunku nowoczesnej części miasta. My przy okazji zorganizowaliśmy bilety na wycieczkę do delty Mekongu (9 USD) oraz zabukowaliśmy cztery miejsca w autobusie do Mui Ne na sobotę rano (6 USD). Trochę umęczeniu postanowiliśmy przycupnąć w ulicznym barze i wypić mrożone piwo z butelki (10.000 VND - 1,5 zł). Krisowie do nas dotarli. Zjedliśmy jeszcze sajgonki jako starter za 20.000 VND i ruszyliśmy na jakieś konkrety. Oczywiście po drodze zrobiliśmy zakupy - Tita kupiła sukienkę, a ja lansiarskie spodenki Abercrombie&Fitch za jedyne 250.000 VND (40 zł). Wietnamczycy wiedzą dokładnie jak robić podróbki. Moja jest wręcz majstersztykiem.

Kolacja, na którą dotarliśmy była dotychczas najlepszym posiłkiem spożytym w Wietnamie i co więcej - najtańszym: noodle z krewetkami i warzywami, szpinak z krewetkami, kurczak, sajgonki i nie pamiętam co jeszcze, plus cztery duże piwa z butelki - 330.000 VND. Ale było przepyszne. Sajgon strasznie się nam podoba - jest dużo turystów, pogoda fantastyczna (34 stopnie), w miarę czysto, nie ma natarczywych ludzi, ceny sporo niższe niż w brudnym Hanoi i w ogóle tak... inaczej, fajniej. W drodze powrotnej do hotelu doznałem lekkiego szoku: co kawałek zaczepiał mnie jakiś Wietnamczyk i pytał: marihuana, haszisz, opium? Było to o tyle dziwne, że tutaj za posiadanie narkotyków grozi dożywocie lub kara śmierci... Chyba, że coś się zmieniło, ale wątpię. No nic, trzeba iść do łózka, napisać kolejną część bloga i wyspać się, bo wycieczka do delty Mekongu może okazać się męcząca... ale jak będziecie mieli okazję przeczytać w kolejnej części - będzie to kolejny fantastyczny dzień spędzony w Wietnamie.


























2 komentarze:

  1. Sajgon to bardzo dobre miejsce do zakupienia gadżetów - np. kubka :)) Pozdro!

    OdpowiedzUsuń