wtorek, 6 marca 2012

Dzień 2 - Hanoi (cz. 2)

Wietnamska restauracja - cywilizowana
Na czym to ja skończyłem? Aha. Ruszyliśmy w miasto. Naszym celem było znalezienie czegoś do zjedzenia. Nie do jedzenia, ale do zjedzenia. Generalnie 90% "restauracji" mieści się albo na chodniku, albo w rynsztoku. Nie wygląda to apetycznie, ale ja osobiście chciałbym się skusić. Reszta ekipy już nie bardzo. No może jeszcze Kris. W każdym razie znaleźliśmy restaurację, w której menu wyglądało trochę euroazjatycko: pizza i nasi goreng :) Anka wygrała konkurs na danie dnia: spaghetti bolognese (ale tylko z samym sosem pomidorowym) z ... rybą w sosie koperkowym. Do picia wzięliśmy piwo Saigon. Zapłaciliśmy dolarami po kursie 18.000 VND za 1USD i co ciekawe Pani nam wydała resztę w VND. Oni w ogóle widać, że w przeciwieństwie do Egipcjan wiedzą co to znaczy wydać resztę.

Po szybkim posiłku udaliśmy się nad taki większy staw w centrum Hanoi - Hoeam Kien Lake - ciekawe miejsce, dużo przechadzających się par i nikt nie zaczepia. Kierując się nad ten słynny czerwony mostek The Huc postanowiłem wypłacić trochę ichniej waluty i teraz uwaga - zonk - w kilku bankomatach nie przyjmowało karty VISA tylko Mastercard - cóż za niespodzianka, ale w końcu się udało - zostałem właścicielem 500.000 VND, a bankomat pobrał mi prowizję w kwocie 20.000 VND czyli około dolara.

Postanowiliśmy ruszyć szlakiem "Hanoi w jeden dzień" i zakończyć go w biurze podróży, w którym to mieliśmy kupić wycieczkę do Halong Bay oraz bilety na pociąg do Sa Pa. Oczywiście zgubiliśmy się :) Ale o to nie trudno w tym mieście. Po drodze mijaliśmy tysiące motocyklistów w lansiarskich kaskach (muszę takie kupić, bo autentycznie są ekstra), dziesiątki chodnikowych "jadłodajni" i sklepów takich marek jak Gucci, Dolce&Gabbana, Coverse, etc. Oczywiście wiadomo, że to podróbki, bo w Wietnamie marka jest dobrem narodowym. Tutaj nie ma czegoś takiego jak ochrona znaku towarowego. Na przykład na naszej ulicy, która miała jakieś 50 metrów znajdował się hotel Especen i jego dwie podróbki o tej samej nazwie, tym samym logo i kolorystyce. Fajnie co?

Dotarliśmy do biura podróży Sinh (nie podróbki), które jest dość popularne w Hanoi. Co się okazało, że Pani już sprzedała wszystkie bilety na pociąg do Sa Pa, ale wiedząc o tym, że każde biuro ma swoją pulę udaliśmy się do innego najbliższego biura - padło na ... Sinh, ale podróbkę. Tu załatwiliśmy wszystko bez problemu: wycieczkę na Halong (25 USD za osobę) oraz bilety na pociąg tam (35 USD) i z powrotem (35 USD). Pani podniosła nam na chwilę ciśnienie, bo powiedziała, że powrót z Halong jest około godziny 20.30, a pociąg odjeżdża o "najn fiftin" (21.15), a patrząc na ruch uliczny w Hanoi jest duże prawdopodobieństwo, że nie zdążymy. Podjęliśmy decyzję, że ryzykujemy. Co się okazało - dla Pani "najn fiftin" to 21.50 :) Zatem odetchnęliśmy z ulgą.

W drodze powrotnej postanowiliśmy znaleźć fajne miejsce z kawą - tyle się przecież o niej naczytaliśmy przed wyjazdem. Wybór padł na kawiarnię w bocznej uliczce. Miejsce ascetycznie urządzone, ale za to z kilkudziesięciu calowym telewizorem LED, na którym akurat leciał koncert Michaela Jacksona - taki fajny klimat. I teraz uwaga - dostaliśmy kawę. Muszę ją szczegółowo opisać: jest czarna jak smoła, ale mega czarna, ma konsystencję syropu i smakuje jak z domieszką karmelu. Jest przepyszna. Już wiem, że się od niej tutaj uzależnię.

Wróciliśmy do hotelu, szybka przebierka i na kolację do wietnamskiej restauracji. Na miejscu okazało się, że trafiliśmy idealnie - ogromny lokal na świeżym powietrzu i mnóstwo turystów. Pani nas odprowadziła do stolika i podała menu. Nie będę tutaj się rozpisywał na ilością dań - wystarczy, że napiszę co zamówiliśmy: Tita wzięła ryż zapiekany z owocami morza, Anka zupę z krabami, Kris zupę taką na ostro, na drugie wzięli takie danie "self made" - mięso zapiekane dookoła pędu bambusa, masę zieleniny, wafelki z krewetek prażone w oleju i papier ryżowy - trzeba to było samemu zawijać - Pani oczywiście wcześniej poinstruowała jak to robić.Ja natomiast zamówiłem zupę z krabami oraz ślimakami - kelnerka odradzała, mówiąc, że może mi nie smakować, co mnie jeszcze bardziej zachęciło do jej zjedzenia :) Cała kolacja była przepyszna i co najważniejsze sycąca (i tania - 370.000 VND = 19 USD). I tak zakończyliśmy nasz pierwszy dzień w Wietnamie... co zaraz się okaże nie bez nocnych niespodzianek :)










2 komentarze:

  1. Oj tam Wietnam Wietnam.. Nie ma to jak w Kobylinie!!!:) Gorące słońce a atmosfera jeszcze gorętsza!:) Buziaki od całego biura!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ql :)
    Jakie nocne niespodzianki? :P

    OdpowiedzUsuń