wtorek, 6 marca 2012

Dzień 4 - Sa Pa

Zachód słońca nad Sa Pa
Podróż pociągiem była koszmarem - niby łóżko i to całkiem wygodne, ale tak bujało, że nie szło zasnąć. Ja walczyłem kilka godzin i w końcu się udało. Anka również nie mogła zmrużyć oka, a reszta spała jak zabita. Budzik zadzwonił o 6 rano, ale tradycyjnie Tita go wyłączyła i poszła dalej spać. Na szczęście coś mnie tknęło i ze swojej górnej pryczy capnąłem telefon - 6:23 :) Delikatnie wszystkich obudziłem, bo przecież mieliśmy za półtorej godziny dojeżdżać do Lao Cai, gdzie czekał na nas zamówiony dwa dni wcześniej bus. A tu niespodzianka - pociąg wjechał na Ga Lao Cai około 6:30. Jeszcze tak szybko nie pakowaliśmy się podczas całego naszego wyjazdu :)

Na dworcu mieliśmy wypatrywać człowieka z moim nazwiskiem i faktycznie był - stał z kartką, na której widniał wielki napis "WELL COMME SA PA" i tu moje poprawnie napisane imię (!) i nazwisko. Zapakował nas do busa z pozostałymi turystami i niczym sardynki w puszce ruszyliśmy do Sa Pa. Po dotarciu na miejsce zostaliśmy od razu osaczeni przez miejscowe góralki z przeróżnymi bibelotami na sprzedaż, szybko jednak zostały przegonione przez jakiegoś ochroniarza. Nasz człowiek wskazał nam dokąd mamy się udać. Zrobił to dość dokładnie, ponieważ tak, jak w całym Wietnamie nasz hotel - Cat Cat View miał jeszcze kilka podróbek. Zameldowaliśmy się, odebraliśmy klucze i pojechaliśmy ... windą na ... 7 piętro. Był to dla nas szok, bo z zewnątrz hotel wyglądał na góra trzy piętra. Ale autentycznie jego konstrukcja jest tak finezyjna, że naprawdę ma 7 pięter! Ba, po dojechaniu na siódme musieliśmy jeszcze wejść schodami do naszych pokoi, które wybudowane były w domu na skale. Ciężko to zobrazować słowami, a i obfotografować się nie da, ale miejscówka fantastyczna. Warta tych 35 USD za dobę. Krisy na okoliczność tego, że swoją pierwszą noc w Wietnamie spędzili ze szczurami, mieli prawo jako pierwsi wybrać pokój - wzięli taki z kominkiem i ładną łazienką :) A niech mają!

Od razu zeszliśmy na śniadanie: po dwie kawy (tak, tak, te pyszne, tradycyjne, wietnamskie) i zestaw kontynentalny - bagietka, dżem, dwa jajka sadzone i banan - 100.000 VND - drogo, ale smacznie i szybko. Szybka kąpiel i ruszyliśmy na zwiad. Nie trwał on długo, bo po głowie chodziła nam jedna myśl - wycieczka po okolicy na skuterach! I tak się stało. Wypożyczyliśmy dwa skutery, każdy po 5 USD za ... cały dzień :) Podjechaliśmy na stację po benzynę (20.000 VND = 1 USD za litr) i poszaleliśmy najpierw po okolicy, a potem ruszyliśmy w góry - do punktu widokowego nieopodal wodospadu Thac Bac (Silver Falls) 14 km od Sa Pa. Droga wiła się wśród gór... trudno nawet opisać jakie tam są widoki... zapiera dech w piersiach. Całą trasę nagrywaliśmy kamerą GoPRO umieszczoną na kasku, więc mamy fantastyczną pamiątkę. U góry wiało, ale cały czas świeciło słońce. Ja oczywiście jako jedyny zapomniałem zabrać ze sobą bluzy na długi rękaw... co wieczorem okazało się błędem. Po drodze byliśmy świadkami dość niecodziennego zdarzenia, mianowicie wysoko w górach widać było dym, i to nie z jakiegoś ogniska czy domostwa, ale dym świadczący o sporych rozmiarach pożarze. I faktycznie tak było - po drodze mijały nas dziesiątki Wietnamczyków na skuterach, którzy zasuwali z maczetami w jednej ręce, a w drugiej z pojemnikami na wodę. Widać było, że są okropnie przejęci. Zaskoczyli nas umiejętnością mobilizacji, bo widać było, że skrzykiwali się po wioskach za pomocą telefonów komórkowych. Nic dziwnego, że wygrali nie jedną wojnę :)

Po powrocie podjechaliśmy na obiad do opisanej w przewodniku restauracji Baguette&Chocolat. Tutaj skosztowaliśmy kawy (mhm, mhm), koktajlu bananowego, makaronu ryżowego z owocami morza, kalmarów i kurczaka - wszystko jakoś średnio 110.000 VND na osobę, więc znośnie. Po obiedzie zakupy w miejscowym supermarkecie - naszym celem było piwo Ha Noi. Niestety wszystko zostało już wykupione - turyści czy miejscowi? Na szczęście znaleźliśmy je w innym sklepie w dość zaskakującej cenie - 9.000 VND (średnia cena tego piwa, to 25.000 VND, a na statku do Halong to nawet trzeba było zapłacić za nie 2 USD - 40.000 VND). Z pewnością do tego sklepu jeszcze wrócimy.

Kolejnym etapem naszej skuterowej podróży miała być mała wioska nieopodal Sa Pa o wdzięcznej nazwie Cat Cat. Tak nam się spodobała jazda na dwóch kółkach, że nie straszny był nawet brak asfaltu :) Ale wróćmy do zwiedzania. Aby móc zwiedzać Cat Cat trzeba kupić bilet - 40.000 VND od osoby, ale chyba warto nie tyle dla samych widoków, co dla tych wszystkich zwierząt domowych spotkanych po drodze. Powinienem napisać coś o miejscowej ludności, ale trochę się zawiedliśmy - wszyscy piszą na swoich blogach, czy w przewodnikach, o ubranych na kolorowo kobietach, które noszą na swoich plecach charakterystyczne kosze, ale już nikt nie wspomniał, że cały dzień potrafią za Tobą chodzić i wciskać różne pamiątki. Jest to tak strasznie namolne, że już po pół godzinie spaceru ma się dość. Nie wspomnę o straganach, z których słychać zawsze, ale to zawsze to samo: "come in, only looking, please buy something from me". I kurcze jak tu kupić maczetę? Przecież wiadomo, że nie wpuszczą mnie z nią do samolotu.

Sama wycieczka do Cat Cat musiała odbywać się pieszo. Zwróciła nam na to uwagę przesympatyczna kobieta, która za jedyne 20.000 VND popilnowała nam skuterków :) Spacer był bardzo fajny - po drodze mijaliśmy słodkie psy, ubłocone świnie, kaczki, kury, umorusane dzieci, które Anka częstowała krówkami, wodospady, mosty linowe i inne cuda rodem z prawdziwego skansenu - razem jakieś 3 km po górach.

I znowu na skutery! Wrrrrruuuummm... I tak w kółko po całym miasteczku, i znowu klakson, i wyprzedzanie. Dosłownie jak dzieci. A właśnie. A propos dzieci - w centrum miasta znajduje się stadion, na którym to popołudniu spotkało się sporo młodzieży. Podzielili płytę na trzy boiska, wybrali składy (jeden bez koszulek) i zaczęli grać w piłkę. Dla mnie widok - ekstra!

Pora oddać skutery i pójść na kolację. Po drodze przeszliśmy przez powoli pustoszejący miejski rynek z warzywami i mięsem (czasem jeszcze żywym). Ance tak się spodobało, że postanowiła wrócić tu następnego dnia o ... 5 rano :) No jesteśmy ciekawi. O samej kolacji nie będę się rozpisywać, bo w sumie nie ma o czym - zwykły zestaw z zupą, wołowiną lub kurczakiem, sajgonki, naleśnik, ryż i do tego miejscowe wino - 100.000 VND. Po powrocie do pokoju okazało się, że jesteśmy tak strasznie spaleni od słońca, że nic, tylko nasmarować się i do łóżka... ale nie wszyscy - ktoś musi w końcu prowadzić tego bloga :) Jutro znowu czeka nas dzień pełen wrażeń i ... SKUTERY! :)












































1 komentarz: