środa, 25 stycznia 2012

No to Wietnam?

Właściwie to powinienem zacząć od tego, że do dzisiaj zachodzę w głowę dlaczego zdecydowaliśmy się na wyjazd do Wietnamu. Powiem więcej - na wakacje w Wietnamie. Tak, tak. Wakacje w Wietnamie. Nie zwiedzanie, nie trekking czy inny hardcorowy trip, ale właśnie wypoczynek w pełnym tego słowa znaczeniu. Wsiadasz do samolotu w boardshortach i japonkach, lądujesz na rozżarzonej płycie lotniska w Afryce Północnej czy innych Karaibach, jedziesz do hotelu, rozwalasz się na leżaku, drink w dłoni i zażywasz kąpieli słonecznej. Taki właśnie był plan...

No właśnie. Pewnego dnia Tita... to jedna z bohaterek tej opowieści, przyszła do domu i rzuciła: - Wiesz, moi znajomi, Anka i Kris (kolejni bohaterowie) chcą się z nami spotkać, bo mają plan na wspólny wyjazd. - Ale z nami na Dominikanę? - zapytałem. - Yyyyyy... niezupełnie. - odpowiedziała Tita. No i się zaczęło. Najpierw pomyślałem, że to jakiś żart, ale potem usiadłem do klawiatury i odwiedziłem wujka Google. Im więcej czytałem o Wietnamie, tym bardziej nabierałem ochotę na zmianę kierunku wylotu z zachodniego na wschodni. Kusiła mnie też jeszcze jedna rzecz - kitesurfing. Mianowicie Kris kocha być ciągany po wodzie za latawcem, a że ja kocham być również ciągany po wodzie, ale za wyciągiem do nart wodnych... tfu... wakeboardu, więc już mi się ten plan spodobał.

Po kilku dniach spotkaliśmy się z Anką i Krisem na przysłowiowym modżajto. No i podjęliśmy decyzję - lecimy... Było to niemal tak proste, jak zatankowanie auta po korek i spontaniczny wypad nad jezioro. Taaaaak. Zaczęło się szaleństwo organizacyjne...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz