| Anka na shoppingu :) |
Pogoda w Sa Pa była doskonała:słońce i delikatny górski wiaterek. Nic nie zapowiadało, żeby ten dzień miał przynieść jakieś niespodzianki. Podczas spożywania śniadania zauważyliśmy, że restauratorzy są trochę zaniepokojeni tym, co dzieje się na ulicy. Mianowicie przez centrum powoli jechał duży pickup policyjny ze smutnymi panami w środku. Jeden z nich głośno coś wykrzykiwał przez megafon. Co się okazało - usuwali oni sprzed lokali źle zaparkowane (ich zdaniem oczywiście) skutery oraz pozostawione na chwilę bez opieki worki z ryżem. Kelner, który nas obsługiwał szybko zszedł na dół i przestawił nasze motorki bliżej barierki i zapewniał, że "ok, ok." Szybko więc zjedliśmy i postanowiliśmy wyruszyć w góry. Wcześniej jeszcze przed nami przemaszerowało małe stado wołów, czy innego zwierza rogatego.
![]() |
| Mandat za jazdę bez prawa jazdy. |
Odpaliliśmy skutery i w drogę... aż tu nagle zatrzymuje nas patrol policji i każe okazywać prawo jazdy. Kris oczywiście ma i to nawet na motor, ja również mam, ale nie przy sobie :) Jako ciekawostkę powiem, że nasze prawo jazdy w ogóle nie jest ważne w Wietnamie, ale akurat w tej historii nie ma to znaczenia. Pan policjant zaprosił mnie do "radiowozu" (patrz. coś a'la mały pickup z plandeką do wywożenia śmieci) i powiedział, że muszę zapłacić mandat w wysokości 100.000 VND (5 USD) i mogę spokojnie jechać dalej :) Przecież nie będę się kłócić... "na władzę nie poradzę". Szybko więc wyjąłem portfel i zapłaciłem. Żeby jeszcze wyglądało poważniej, to musiałem podpisać się w kilku miejscach. Cały czas zadziwia mnie tej kraj.
Po kilkunastu minutach jazdy z krótkim postojem na posmarowanie się kremem z filtrem dotarliśmy do punktu poboru opłat za zwiedzanie wioski (20.000 VND od osoby) i ruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do centrum małej osady, w której to po zatrzymaniu zostaliśmy dosłownie zaatakowani i osaczeni przez miejscowe góralki, które zaczęły swoje biadolenie: "hellooo, only lookin', buy somethin' from meeee". Pojechaliśmy dalej, po drodze mijając cudowne górskie widoki, aż dotarliśmy do jakiejś jaskini - tutaj znajdował się koniec szutrowej ścieżki. Mogliśmy zostawić nasz sprzęt i wejść do niej (pożyczając oczywiście za VND latarki od miejscowych, którzy oczywiście nagle się zjawili obok nas. Nie zdecydowaliśmy się - chyba trochę ze strachu. W trakcie powrotu Krisy zebrali się na odwagę i postanowili zrobić zakupy w wiosce... A decyzja to była trudna, bo tutaj góralki były bardziej namolne niż w Sa Pa. Za swoje ręcznie tkane torebki również żądały dość sporych sum, które nie były zupełnie adekwatne do ich jakości. W każdym razie Kriss zał się skusić :)
Było trochę za wcześnie, żeby wracać do miasta, więc postanowiliśmy trochę zjechać z trasy turystycznej i zapuścić się do jakieś wioski na uboczu. I to był strzał w dziesiątkę. Zupełnie inny klimat: żadnych namolnych górali, same uśmiechnięte dzieci, piękne pola ryżowe, kozy, woły i prześliczne widoki na okolicę... aż nie chciało się wracać, ale jeść też trzeba.
| Kawa musi być! |
Po powrocie do miasta poszliśmy do polecanej przez przewodnik restauracji Gerbera i zjedliśmy naprawdę spore porcje obiadowe popijając zimnym piwem (koszt zestawu około 120.000 VND). Wcześniej oczywiście wypiliśmy kawę przy jeziorku. Tak, to jest właśnie "ta" kawa.
Potem szybki spacer po targu i o 17 odjazd busa do Lao Cai, skąd mieliśmy wracać pociągiem do Hanoi. W związku z tym, że po przyjeździe na dworzec mieliśmy jeszcze 3 godziny do planowanego opuszczenia tego uroczego miejsca, to postanowiliśmy załatwić już bilety i zjeść coś z budki na ulicy :) Pierwsza część poszła nam dość niezręcznie, ponieważ z Krisem trochę się zgubiliśmy po ciemku w centrum i musieliśmy wracać na dworzec, a Tita nerwowo przebierała nogami. W końcu w informacji powiedziano nam, że mamy czekać, bo ktoś się zaraz pojawi... i tak też się stało. Co prawda podejrzewamy, że było to trochę oszustwo, bo nasza rezerwacja była na godzinę 21:00, a bilety dostaliśmy na 20.15 - niby bez znaczenia, ale zawsze niesmak pozostaje. Nam w sumie to nie przeszkadzało. Jechaliśmy w całym wagonie tylko z Wietnamczykami. Na szczęście zmorzył nas szybko sen... następnego dnia mieliśmy dotrzeć samolotem do Sajgonu...

Oglądając foty zazdrość coraz bardziej zaczyna dokuczać ;) Ale Despi nie obijaj się z tymi wpisami ;)
OdpowiedzUsuńja chcee na wakacjeeeeee :D
OdpowiedzUsuń