niedziela, 11 marca 2012

Dzień 7 - Delta Mekongu (Sajgon)

Wyprawa łodzią w delcie Mekongu
Ale się wyspaliśmy... Pobudka o 6:30 i śniadanie w hotelu od 7. Cały czas przypominam, że za hotel płaciliśmy 25 USD za dobę ze śniadaniem (około 80 zł). Było to ścisłe centrum Sajgonu, gdzie praktycznie mieliśmy wypad na wszystko co możliwe. Szczerze polecamy - Orient Hotel.

O 8 przyjechał po nas autobus i ruszyliśmy na wycieczkę do delty Mekongu (9 USD za osobę - piszę to celowo, bo zobaczycie co w tym mieliśmy). Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę i kokosy. Tita oczywiście kupiła mi prezent - ręcznej roboty drapaczkę do pleców :) Słodko. Na miejscu robili cuda z drewna - lakierowali, polerowali i ozdabiali masą perłową - pudełka na karty do gry, pałeczki, miseczki, dosłownie wszystko - piękne rzeczy, ale dość drogie. Około 10 dojechaliśmy do portu skąd zabrała nas łódka. Nasz przewodnik, Lionel, cały czas nas zabawiał. Generalnie był mega wesoły - śpiewał, opowiadał różne historie, które oczywiście miały niewiele wspólnego z prawdą i robił konkursy.

I tu zaczyna się opowieść o raju... tak, tam dokąd płynęliśmy mieścił się mój raj. Pierwsza wyspa: kokosowe palmy, bambusy, ogromne kolorowe motyle, biegające po drzewach pomarańczowe gekony i ... wioska pszczelarzy, który z miodu wytwarzali... słodycze! Mniam! Zostaliśmy poczęstowani herbatą, którą przyrządziła nam jedna z mieszkanek wyspy - miód, orzeszki, limonka i tradycyjna wietnamska herbatka. Obok mieliśmy wysypane słodycze - cukierki a'la sezamki, suszony imbir w miodzie oraz suszone banany. Przyszedł jeszcze jeden pan, wystawił dwa kieliszki (dziewczyny oczywiście nie są alkoholowo obsługiwane w Wietnamie :) ) i polał nam wódki z bananów - pychotka - smakowało trochę jak słodkie whiskey. Ja wykorzystałem moment kiedy Tita poszła zwiedzać wyspę i kupiłem od lokalnej społeczności ten suszony imbir (30.000 VND) - podejrzewam, że nigdy czegoś takiego nie jedliście - smak słodko-ostry, ale tak paląco ostry. Myślę, że koledze Malinowi by się spodobało.


Kokosy na wyspie Ben Tre

Kolejna wyspa, na którą nas zabrano słynęła z produkcji słodyczy wytwarzanych z kokosa :) Normalnie raj. Dokoła same palmy kokosowe. Można zrywać garściami. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś ma takie ogromne dłonie. W każdym razie mieszkańcy mają taką mini fabryczkę, w której obierają kokosy, wrzucają do takiej tarki, która robi wiórki, a potem gotują je razem z mleczkiem, wyciskają na prasie i w zależności od produkowanego smaku dodają albo czekoladę, albo orzeszki, albo owoce i wiele, wiele innych składników. Potem do formy, krojenie i uwaga - zawijanie w ryżowe papierki, które można jeść razem z cukierkiem :) Tutaj oczywiście też musiałem kupić paczuszkę (30.000 VND) - jadłem dwa dni, a słodycze uwielbiam.

Następna wyspa - tu niestety nie robili słodyczy, ale za to mieliśmy lunch. Podszedł Lionel i wytłumaczył, że dania, które dostaniemy są niewielkie i jeśli chcemy, to możemy sobie coś domówić. Dostaliśmy menu, z którego można było sobie wybrać prócz dań nam dobrze znanych: krokodyla, strusia, węża boa, kobrę, żółwia i ogromne kokosowe robale :) Te ostatnie przypadły mi do gustu (15.000 VND), ale Tita powiedziała, że jak je zjem, to już nigdy mnie nie pocałuje... :(


Po lunchu przeszliśmy się po małej osadzie i wypożyczyliśmy rowery. Wycieczka po wyspie była urocza - mijaliśmy małe chatki, działki, drzewa z owocami, kokosy i inne. Po powrocie mrożona kawa i kokosy. Naprawę ciężko jest lekko żyć. Wróciliśmy na naszą łódkę, która zabrała nas na przystań, gdzie czekały na nas takie małe łódeczki. Założyliśmy trzcinowe kapelusze i popłynęliśmy wgłąb wyspy - było cudownie! Dotarliśmy do małej osady, w której miejscowi poczęstowali nas herbatą, świeżymi owocami - większość z tych owoców widzieliśmy pierwszy raz w życiu, nie mówiąc już o ich jedzeniu. Uraczono nas nawet małym występem wokalnym - były oklaski i zbiórka VND dla artystów.

Powrót do hotelu trwał bardzo krótko (70 km). Szybka kąpiel i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu lokalnej restauracji polecanej przez przewodnik i jeden z blogów. Po ponad godzinnym spacerze dotarliśmy na miejsce - niestety trwały tam prace budowlane przy kolejny apartamentowcu. Jednak spora część ludzi ma rację - trzeba spieszyć się ze zwiedzaniem Wietnamu, bo zmienia się nie do poznania. Musieliśmy wrócić do naszej ulubionej knajpki z wczoraj: piwo za 10.000 VND i ogromne dania za kolejne 60.000 VND. Trochę nam żal opuszczać Sajgon, bo było naprawdę ekstra. Jutro jedziemy na prawdziwe wakacje - Mui Ne Beach!



































 

3 komentarze:

  1. cześć, a z jakiej firmy jechaliście ? gdzie można znaleźć tych z którymi się wybraliście i też się z nimi przejechać ? dzięki za pomoc :) radee@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, ale pytasz o samą wykupioną wycieczkę w Sajgonie do Delty Mekongu? Bo jeśli tak, to ogarnialiśmy to przy samym hotelu Orient, w którym mieszkaliśmy. Wychodząc z hotelu jakieś 20 metrów w lewo :) Jeśli potrzebujesz szczegółów, to mogę odszukać kwitki, bo zabrałem na pamiątkę :) Pzdr.

      Usuń
    2. hej, to było juz naprawdę dawno, ale jeżeli masz jeszcze kwitki na pamiątkę i mógłbyś podać dane firmy, to byłobysuper :) dzięki!

      Usuń