| Wyprawa łodzią w delcie Mekongu |
O 8 przyjechał po nas autobus i ruszyliśmy na wycieczkę do delty Mekongu (9 USD za osobę - piszę to celowo, bo zobaczycie co w tym mieliśmy). Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę i kokosy. Tita oczywiście kupiła mi prezent - ręcznej roboty drapaczkę do pleców :) Słodko. Na miejscu robili cuda z drewna - lakierowali, polerowali i ozdabiali masą perłową - pudełka na karty do gry, pałeczki, miseczki, dosłownie wszystko - piękne rzeczy, ale dość drogie. Około 10 dojechaliśmy do portu skąd zabrała nas łódka. Nasz przewodnik, Lionel, cały czas nas zabawiał. Generalnie był mega wesoły - śpiewał, opowiadał różne historie, które oczywiście miały niewiele wspólnego z prawdą i robił konkursy.
I tu zaczyna się opowieść o raju... tak, tam dokąd płynęliśmy mieścił się mój raj. Pierwsza wyspa: kokosowe palmy, bambusy, ogromne kolorowe motyle, biegające po drzewach pomarańczowe gekony i ... wioska pszczelarzy, który z miodu wytwarzali... słodycze! Mniam! Zostaliśmy poczęstowani herbatą, którą przyrządziła nam jedna z mieszkanek wyspy - miód, orzeszki, limonka i tradycyjna wietnamska herbatka. Obok mieliśmy wysypane słodycze - cukierki a'la sezamki, suszony imbir w miodzie oraz suszone banany. Przyszedł jeszcze jeden pan, wystawił dwa kieliszki (dziewczyny oczywiście nie są alkoholowo obsługiwane w Wietnamie :) ) i polał nam wódki z bananów - pychotka - smakowało trochę jak słodkie whiskey. Ja wykorzystałem moment kiedy Tita poszła zwiedzać wyspę i kupiłem od lokalnej społeczności ten suszony imbir (30.000 VND) - podejrzewam, że nigdy czegoś takiego nie jedliście - smak słodko-ostry, ale tak paląco ostry. Myślę, że koledze Malinowi by się spodobało.
| Kokosy na wyspie Ben Tre |
Kolejna wyspa, na którą nas zabrano słynęła z produkcji słodyczy wytwarzanych z kokosa :) Normalnie raj. Dokoła same palmy kokosowe. Można zrywać garściami. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś ma takie ogromne dłonie. W każdym razie mieszkańcy mają taką mini fabryczkę, w której obierają kokosy, wrzucają do takiej tarki, która robi wiórki, a potem gotują je razem z mleczkiem, wyciskają na prasie i w zależności od produkowanego smaku dodają albo czekoladę, albo orzeszki, albo owoce i wiele, wiele innych składników. Potem do formy, krojenie i uwaga - zawijanie w ryżowe papierki, które można jeść razem z cukierkiem :) Tutaj oczywiście też musiałem kupić paczuszkę (30.000 VND) - jadłem dwa dni, a słodycze uwielbiam.
Następna wyspa - tu niestety nie robili słodyczy, ale za to mieliśmy lunch. Podszedł Lionel i wytłumaczył, że dania, które dostaniemy są niewielkie i jeśli chcemy, to możemy sobie coś domówić. Dostaliśmy menu, z którego można było sobie wybrać prócz dań nam dobrze znanych: krokodyla, strusia, węża boa, kobrę, żółwia i ogromne kokosowe robale :) Te ostatnie przypadły mi do gustu (15.000 VND), ale Tita powiedziała, że jak je zjem, to już nigdy mnie nie pocałuje... :(
Po lunchu przeszliśmy się po małej osadzie i wypożyczyliśmy rowery. Wycieczka po wyspie była urocza - mijaliśmy małe chatki, działki, drzewa z owocami, kokosy i inne. Po powrocie mrożona kawa i kokosy. Naprawę ciężko jest lekko żyć. Wróciliśmy na naszą łódkę, która zabrała nas na przystań, gdzie czekały na nas takie małe łódeczki. Założyliśmy trzcinowe kapelusze i popłynęliśmy wgłąb wyspy - było cudownie! Dotarliśmy do małej osady, w której miejscowi poczęstowali nas herbatą, świeżymi owocami - większość z tych owoców widzieliśmy pierwszy raz w życiu, nie mówiąc już o ich jedzeniu. Uraczono nas nawet małym występem wokalnym - były oklaski i zbiórka VND dla artystów.
Powrót do hotelu trwał bardzo krótko (70 km). Szybka kąpiel i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu lokalnej restauracji polecanej przez przewodnik i jeden z blogów. Po ponad godzinnym spacerze dotarliśmy na miejsce - niestety trwały tam prace budowlane przy kolejny apartamentowcu. Jednak spora część ludzi ma rację - trzeba spieszyć się ze zwiedzaniem Wietnamu, bo zmienia się nie do poznania. Musieliśmy wrócić do naszej ulubionej knajpki z wczoraj: piwo za 10.000 VND i ogromne dania za kolejne 60.000 VND. Trochę nam żal opuszczać Sajgon, bo było naprawdę ekstra. Jutro jedziemy na prawdziwe wakacje - Mui Ne Beach!
cześć, a z jakiej firmy jechaliście ? gdzie można znaleźć tych z którymi się wybraliście i też się z nimi przejechać ? dzięki za pomoc :) radee@o2.pl
OdpowiedzUsuńHej, ale pytasz o samą wykupioną wycieczkę w Sajgonie do Delty Mekongu? Bo jeśli tak, to ogarnialiśmy to przy samym hotelu Orient, w którym mieszkaliśmy. Wychodząc z hotelu jakieś 20 metrów w lewo :) Jeśli potrzebujesz szczegółów, to mogę odszukać kwitki, bo zabrałem na pamiątkę :) Pzdr.
Usuńhej, to było juz naprawdę dawno, ale jeżeli masz jeszcze kwitki na pamiątkę i mógłbyś podać dane firmy, to byłobysuper :) dzięki!
Usuń